czwartek, 16 sierpnia 2012

„Raz w życiu pomyliły mi się kroki i od tego czasu chodzę krzywo.”

Dusz buntowniczych na tej planecie nie brak. Kiedy mowa jest o buntownikach znanych szerszej publiczności można być pewnym, że posiadają oni rzesze wyznawców, sami zainteresowani są nietuzinkowi, a cokolwiek uczynili zapierało dech w piersiach milionów. Buntownicy to zarazem trudna grupa, tak jak każdy z nich jest inny, tak każdy jest trudny na swój własny sposób. Hłasko też. 

"(...)całe życie żyłem tak, aby z chwilą, kiedy zginę, nie zos­tało po mnie niczy­je praw­dzi­we wspom­nienie i dla­tego nie mówiłem ludziom praw­dy o so­bie(...) i dla­tego uciekałem przed wszys­tkim co mogło się zdarzyć, gdyż bałem się ludzi i nie chciałem aby zos­tało po mnie nic."

Kiedy w Polsce pojawia się ktoś o odmiennym sposobie bycia od razu zostaje ochrzczony "polskim Jamesem Deanem", nie ominęło to Cybulskiego, nie ominęło to również Hłaski. Chociaż sam pisarz nie przepadał za taką odmianą swojego nazwiska. Za idoli obrał sobie ludzi równie tajemniczych jak on: Humphreya Bogarta  i Dostojewskiego. Szkoła go nie cierpiała, a może nawet nie nie cierpiała, ale przyszło mu edukować się w przykrych czasach stalinizmu, kiedy nikogo nie obchodziło, czy swoje wykształcenie zaprzepaszcza właśnie jeden z przedstawicieli literatury polskiej czy całkiem obojętna osobistość. Począł więc imać się różnych prac, legalnych, nielegalnych, trudnych i błahych. Lecz zawsze tworzył.  
Tworzył:
- spisywał wspomnienia ("Piękni dwudziestoletni")
- pisał powieści ("Sowa, córka piekarza", "Następny do raju", "Ósmy dzień tygodnia" i wiele innych)
i opowiadania ("Pętla", "Pierwszy krok w chmurach"

Wyjeżdżał z kraju, kolejno:
- Francja
- Niemcy
- Włochy
- Izrael
-ponownie Niemcy

Romansował z Osiecką, przyjaźnił się z Komedą, twierdził, że książki można pisać tylko, jeśli przekroczy się ostatnią granicę wstydu. Pisanie książek uważał za bardziej intymne od łóżka.
Zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach, jego ciało spoczywa na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie. 

"Marek, masz w sobie to najpiękniejsze, co może mieć człowiek - prawdę. Nie chcesz być taki jak świat, w którym żyjesz. Jesteś najodważniejszy z naszego pokolenia, bo widzisz prawdę nawet tam, gdzie to bardzo boli." [1]

Ten ciąg zdań to cichy apel, by Marka Hłaskę ocalić od zapomnienia. 

[1] z listu Agnieszki Osieckiej



sobota, 4 sierpnia 2012

Jestem Julią, mam lat 23.


Jeśli kiedykolwiek zostałabym poproszona o przywołanie skojarzeń w postaci jednego jedynego obrazu na dźwięk słów "eteryczność", "kobiecość", "metafizyka" będącego uosobieniem tych słów przed moimi oczami w oka mgnieniu staje Poświatowska.
Haśka, Hasieńka, Halina.
Postawiona przede mną w całej swojej istocie, otoczona czymś, co w mojej wyobraźni tli się jako obłok stworzony ze słów, na którym rozpościerają się wszelkie atrybuty kobiecości.
I gdy już, już zdaje mi się, że otrzymałam odpowiedź na to, kim Haśka była, jak ją opisać, przedstawić, uhonorować, w mgiełce puszczonej w moim kierunku sunie jej twórczość i jestem zgubiona zupełnie.
Legenda głosi, że Poświatowska to poetka miłości. Ja mogłabym to sprostować krótko: Poświatowska to ucieleśnienie poezji miłosnej.

"Odkąd cię poznałam
noszę w kieszeni szminkę..."

To moja najukochańsza kobieta na świecie. Słowa nie potrafią wyrazić, tego ile jej zawdzięczam, jak wiele nas łączy i jak wiele nas po czasie połączyło. Poświatowską odkryłam, zdaje się zupełnie przypadkowo, gdzieś, kiedyś, być może w zbiorze wierszy o określonej tematyce, być może w internecie, a być może w podręczniku szkolnym. Gdziekolwiek, by się to nie stało, Haśka pozostała ze mną na (ośmielę się stwierdzić) zawsze.
Halinka to osoba nietuzinkowa i zjawiskowa pod każdym względem. Choć przez wielu stawiana na piedestale to osoba bardzo normalna, kobietą-aniołem wcale nie była.
Przeżyła wiele, tak: przeżyła, bo Haśka starała się żyć pełnią życia i czerpać z niego jak najwięcej i nawet, jeśli najdrobniejszy ruch groził śmiercią, ona robiła wszystko na jej przekór. Pragnęła żyć, a nie egzystować.

"Chcę żyć! Tak, bardzo chcę żyć! Chcę chłonąć czyste powietrze, chcę się całować z moim chłopcem, chcę tańczyć w jego ramionach!"

Z tej właśnie przekorności zrodziło się to, co się zrodzić musiało: kreślone z pasją wiersze, listy czy stronice "Opowieści dla przyjaciela". Wszystko, co jeszcze powstać powinno, wszystko, co powinno się zdarzyć przekreśliła choroba.

Halinko, kochana, wypełniłaś mnie całą. Halinko, gdzie jesteś teraz? Halinko, dlaczego tylko oczami wyobraźni mogę przysiąść obok Ciebie na ławeczce w parku przypatrując się Twojemu własnemu szałowi twórczemu?
Halinko, proszę, bądź przy mnie blisko bo tylko wtedy nie jest mi zimno...


„Pamiętaj także o tym, że kochałam, i że to miłość skazała mnie na śmierć.”


piątek, 3 sierpnia 2012

"Piękne są oczy fiołkowe, ale kto ukradł drzwi?"


Nie skłamię głosząc stwierdzenie, iż lata 20 i 30 były najurokliwszymi w dziejach wszystkich epok. Począwszy od Mieszka I, skończywszy na momencie, kiedy piszę ten post.
Tak sądzę i będę tego bronić na wieki wieków. Amen.
Kłamstwem nie będzie też, jeżeli powiem, że oddałabym cały swój dobytek, gdyby podróż w czasie była możliwa. Wystawanie niczym całe stado podlotków pod domem Żabczyńskiego, przesiadywanie i pensjonarskie wzdychanie w Małej Ziemiańskiej licząc na spotkanie niezwykłych osobistości to tylko nieliczne z moich planów. 
Ale przecież na klimat minionej epoki wpływa nie tylko życie bohemy artystycznej, ale i to na pozór zwyczajne życie, które w perfekcyjny sposób opisał Kornel Makuszyński, w mojej najulubieńszej na świecie książce.
Panie, panowie, "Szatan z siódmej klasy" w pełnej krasie.
Proszę sobie, wyobrazić że mamy rok 1937, nie, proszę pod żadnym pozorem nie wspominać o wojnie, na razie nic nam nie grozi. W Warszawie zbliża się koniec roku szkolnego, czerwcowe słońce impretynenckozgląda do sal lekcyjnych, przez co uczniowie rozkojarzeni myślami są już hen daleko podśpiewując, że "już za parę dni, za dni parę..."
Gdzieś w centrum Warszawy, a może i na Bielanach znajduje się iście szatańska klasa, a właściwie klasa posiadająca własnego szatana. Ów szatan, zowie się Adaś Cisowski i nie ma takiej zagadki, której nie potrafiłby rozwiązać. Bo wie, że na sposoby są sposoby.

Cała historia rozpoczyna się dość błaho. Wspomniana już klasa siódma wiedzie prym na lekcjach historii, każdą lekcję z tymi urwipołciami pan profesor Gąsowski (wielka figura, największy miłośnik Napoleona, a zarazem największy wróg Hannibala, ukochany przez uczniów, którzy kroczą za nim niczym wojska za Wielkim Cesarzem; w skali roztargnienia zdobywa 20 punktów na możliwych 10) prowadzi z rozkoszą, bo czymże innym może być chwila, gdy każdy z pytanych odpowiada jak z nut, a napoleońskimi anegdotami i nawet najbardziej szczegółowymi opisami bitew sypie jak z rękawa? Spokojnym rytmem toczy się życie historyczne klasy siódmej, a spokój zmącił li i jedynie maleńki czwartek, bo jak sam Adaś przyznaje, dzisiaj jest nasze Waterloo.
Geniusz klasy siódmej nie polega właściwie na niczym nadzwyczajnym, chociaż paradoksalnie jest to sprawa nadzwyczajna. Szatański Adaś odkrył bowiem metodę pana profesora. Pan profesor, jak i wielu innych profesorów dawnych i dzisiejszych posiada własny system pytania. Niestety, w ten nieszczęsny, można by rzec: krwawy czwartek żaden z wytypowanych do odpowiedzi nie był przygotowany, kompletna pustka, kompletne rozczarowanie. A wszystko jest winne sromotnej pomyłce pana profesora, niewiele trzeba, by nieszczęście było gotowe. Zdesperowana klasa siódma, ze sprawcą zbrodni -Adasiem - na czele ostatecznie przyznaje się do winy, pan profesor pełen szoku rozpacza, otwarcie rozpacza nad tą jakże wielką zbrodnią, ma nawet w planach stać się najokrutniejszym z profesorów, jakim dane było chodzić kiedykolwiek po Ziemi i z pewnością dotrzymałby słowa, gdyby nie interwencja Adasia. Podejmuje on próbę. W przyszłą sobotę, on i pan profesor zmierzą się ze sobą, jeśli Adasiowi się powiedzie (czego pan profesor nie przewiduje nawet w największych koszmarach) klasa zostanie puszczona wolno (choć chłopcy honorowo obiecują bez względu na wynik być przygotowanym na każdą lekcję, nie biorąc pod uwagę innych okoliczności), a jeśli nie, chłopiec będzie musiał pożegnać się ze spokojnym żywotem. Gdy Adaś w sobie tylko znany (w pełni) sposób odgaduje, co profesor Gąsowski miał na myśli, z miejsca staje się głównym młodocianym detektywem i żadna ciekawa sprawa (a było ich kilka) nie może obejść się bez jego udziału. Ach, no tak, a nieszczęsna sobota odchodzi w niepamięć, czyniąc to nawet szczęśliwie, bo przecież "Non c'è sabbato senza sole!"  ("Nie ma soboty bez promyczka słońca!")

Gdy więc w rodzinnym domu pana profesora zaczynają dziać się dziwne rzeczy, a urocza fiołkowooka siostrzenica profesora -Wanda samym spojrzeniem doprowadza Adasia do stanu zakochania, pewnym jest, że nikt inny, tylko pan Adaś, może pomóc.
Czy mu się to udaje? Czy potrafił rozwikłać tak poplątaną zagadkę, której motywem przewodnim są...drzwi? I czy podróż do Bejgoły była aby na pewno dobrym pomysłem? Proponuję poczuć to na własnej skórze, sięgając po książkę, która z pewnością zajmie Was na kilka godzin, dostarczając masy rozrywki oraz historii oczywiście.

_________________________________________________________________
Wszelkie cytaty pochodzą z książki "Szatan z siódmej klasy" autorstwa Kornela Makuszyńskiego, wydawnictwo Nasza Księgarnia.

piątek, 20 kwietnia 2012

Wy (...) dopiero go odkrywacie...

Istnieją na tym świecie artyści, których odkrywamy zupełnie przypadkiem. Stopniowo zgłębiamy się w ich twórczość, po czasie odszukujemy biografii. Niekiedy musimy mozolnie tłumaczyć choćby najgłupszy artykuł, by  wyciągnąć z niego jakieś informacje. A później nadchodzi dzień, kiedy wgapia się w ekran komputera lub przegląda od niechcenia gazetę - natrafia się na informację, która wywołuje uśmiech na naszej twarzy, który nie schodzi aż do momentu trzymania książki w swoich dłoniach. Bo mowa tu o biografii książkowej. O jednej konkretnej. 
Czy lubisz Francję, drogi czytelniku?
Ją z całą dozą słów, obrazów i dźwięków?
Ja jestem uzależniona. Nie mam już nawet siły opierać się jej urokowi. Chłonę wszystko, a z podwójnym zapałem wszystko co Gainsbougrowskie.  
Jeżeli niejaki Serge Gainsbourg nie jest Ci znany to ja już lecę i pędzę z tomami notatek pod pachą i tłumaczę: Serge Gainsbourg to osoba absolutnie niezwykła.  
To "prorok współczesnego popu, najbrzydsza i najbardziej rozwiązła ikona francuskiej piosenki." Czy w tych zaledwie dwóch określeniach można zmieścić cały geniusz Serge'a? Otóż nie, nie można.
Autentycznie zamarłam chcąc coś dopisać, bo jak? Jak przelać całą miłość do człowieka fascynującego nawet swoją brzydotą? Jak opisać geniusz fraz, które z lekkością składał w piosenki? Jak nadać niezwykłości jego "brodzenia w morzu alkoholu z głową w chmurach kopconych bez przerwy gitane'ów"?

Serge - którego dzieło "Je t'aime, moi non plus" poruszyło cały Watykan, drogi czytelniku znasz z pewnością - fascynuje mnie od mniej więcej roku, może półtora, dwóch lat nie podejrzewam. Wyobraź więc sobie jaką radość po czytaniu angielskich lub kulawo tłumaczonych francuskich artykułów sprawiło mi polskie wydanie jego biografii! 
Ja jej nie czytałam - ja ją pożarłam!
I wciąż czuję niedosyt. Ale o tym następnym razem.

Tobie też to polecam, drogi czytelniku.
Wtedy dowiesz się, jakim cudem chłopiec o rosyjsko-żydowskim korzeniach stał się ikoną, po zwyczajnym graniu we francuskich klubach. Poznasz geniusz człowieka, którego dawni przeciwnicy po czasie zaczęli błagać o jakikolwiek znak, jakim cudem ten 'brzydal' potrafił rozkochiwać w sobie najpiękniejsze kobiety, dlaczego Jane Birkin - miłość Jego życia - do dziś żałuje dnia, w którym od niego odeszła.

Będziesz mógł rozwiązać zagadkę - dlaczego po Jego śmierci Francję ogarnęła żałoba narodowa.

Jane Birkin i Serge Gainsbourg 

piątek, 16 marca 2012

"Trzeba nam teraz umierać, by Polska umiała znów żyć."

Lektury szkolne mają to do siebie, że z reguły są nieczytane. Czasami jednak trafiają się takie, które można nazwać "perełkami", "perłami" właściwie. Wciąż omijane przez głupich uczniów, poruszają serca tych wrażliwych na piękno literatury, poezji, świata... Jedną z najważniejszych, a co za tym (o dziwo) idzie książek są "Kamienie na szaniec" Aleksandra "Kamyka" Kamińskiego.
Rudy, Alek, Zośka - kolejno: Jan Bytnar, Maciej Aleksy Dawidowski, Tadeusz Zawadzki - trójka przyjaciół, którzy w roku '39 zdają maturę. Należą do tragicznego, a zarazem cudownego w moim mniemaniu pokolenia Kolumbów, które to, jak to się często mówi: od razu, z brutalnością wkroczyło w dorosłość. Bo chłopcy musieli dorosnąć. 1 września 1939 wybucha wojna światowa, choć początkowo życie toczy się stosunkowo normalnym trybem, o ile normalnym można nazwać wieczne oczekiwanie na różne wezwania, selekcję i strzały czy spuszczanie bomb na miasta.


Rudy wierzy, że "czas wojny będziemy mieli niedługo za sobą jak straszny sen".

Z czasem jednak wojna staje się coraz gorszą, jak wiemy najokrutniejszą w dziejach i co najgorsze, a warte wspomnienia "to ludzie ludziom zgotowali ten los". Chłopcy jako dumni harcerze dołączają się do organizacji konspiracyjnych, których głównym celem jest tzw. Mały Sabotaż.
Jednak mimo nieustających walk, walki i strachu o życie chłopcy dorastają. Sami ze sobą, czy też wspólnie rozmyślają i prowadzą wielogodzinne dyskusje na tematy w zasadzie bardzo ludzkie, takie, nad którymi kontempluje młody człowiek, wkraczający w dorosłość.
I jak wielu ludzi w tamtych czasach - oddają życie za Ojczyznę. Od zawsze jest to największa zapłata, największy dar, łamiący serce na drobne kawałki i miażdżący myśli kotłujące się w mózgu, kiedy musimy zmierzyć się z myślą, że nigdy ich tu już nie będzie, a byli bardzo krótko.
Bo dlaczego?
Bo po co?
Dlaczego oni, a nie ktoś inny?
Dlaczego tak wcześnie?
itd.
Czy naprawdę muszę dodawać jak wielu wzruszeń dostarczyła mi ta książka? Mówienie, że płakałam z każda stroną byłoby przesadą, niemniej jednak szczególnie pod koniec książki, kartki były wilgotne od łez, bo przed nimi nie można się uchronić.
W trakcie czytania, choć nie tylko, bo tematy okołowojenne są mi bliskie i tak, wielokrotnie zadawałam sobie pytanie, czy ja poszłabym walczyć czy walczyłabym z karabinem lub czy byłabym w stanie stać się sanitariuszką i opatrywać rany - myślę, że tak, ale to co innego wydać taką deklarację w wieku XXI, a  w czasach nieustającej niepewności, o jutro.
Rudy, Alek, Zośka, Krzysztof Kamil Baczyński to tylko niektóre osoby, które są moimi bezwzględnymi autorytetami, zawdzięczam im bardzo wiele. Nie wiem czy byłabym tą samą osobą, gdyby któregoś dnia będąc w klasie szóstej nie wypożyczyła "Kamieni na szaniec". Sama uważam, że nie.
Ta ksiażka wniosła w moje życie ogrom wszystkiego. "Poznanie" tych chłopców było najcudowniejszym spotkaniem w moim życiu. Chciałabym napisać, że dzięki nim stałam się większą patriotką niż dotychczas, że dzięki nim zaczęłam stawać się lepszym człowiekiem, przestałam obawiać się być całkowicie sobą i że dzięki nim byłabym gotowa stanąć do walki o dobro Ojczyzny.
Cieszą mnie choćby te najdrobniejsze podobieństwa do chłopców. Pamiętam moje hmm szaleństwo, kiedy przeczytałam, że Rudy i ja urodziliśmy się tego samego dnia. To takie małe, w zasadzie błahe, ale sprawiło mi tak ogromną radość! Jak chyba każdy mam (czy raczej miałam?) swojego faworyta wśród chłopców, choć kocham ich wszystkich. Początkowo był to Alek, od dłuższego czasu jest nim Rudy, który jest mi chyba najbliższy. Ale kto wie, może przy czytaniu "Kamieni..." po raz kolejny to na Zośkę przeleję całą swoją miłość?
Obawiam się, że nie napiszę tu nic odkrywczego, ale odkrywać muszę sama i dzielenie się moimi przemyśleniami, które dotyczą chłopców jest straszliwie trudne, choć mam nadzieję, że znajdziecie w nich cząstkę siebie i będziecie wiedzieć, że nigdy nie będę wobec nich obojętna.

"Walka trwa. Trzeba przerwać tę opowieść.
Opowieść o wspaniałych ideałach BRATERSTWA i SŁUŻBY, 
o ludziach, którzy potrafili pięknie umierać i PIĘKNIE ŻYĆ."

sobota, 24 grudnia 2011

So this is Christmas...

Kochani, życzę wszystkim wesołych, spokojnych i rodzinnych Świąt, do tego mnóstwa nowych czytelniczych przygód. Nie skąpię Wam również filmowych czy muzycznych inspiracji. Niech te Święta będą szczególne, a każde następne szczególne po stokroć od poprzednich. Oby Wasze marzenia spełniły się jak najdokładniej, a atmosfera Świąt, ta najpiękniejsza ze wszystkich niech nie opuszcza Was nigdy.
I przede wszystkim życzę Wam miłości wokół i oddanych przyjaciół. Pozwolę sobie w tym celu zacytować pewnego filmowego anioła: Remember no man is a failure who has friends - Clarence the Angel

Jeszcze raz: Wesołych Świąt!

"Nie miał już więcej do czynienia z duchami, ale od tego czasu żył zgodnie z zasada całkowitej abstynencji, a jednak mówiono, że kto jak kto, ale stary Scrooge to potrafi świętować Boże Narodzenie. Oby to samo można było powiedzieć o nas wszystkich! Bo wówczas, jak to pięknie powiedział Tim Kruszynka, Bóg będzie błogosławił każdemu z nas!"



niedziela, 18 grudnia 2011

Je-stem, je-stem, je-stem.

Powracam tu po długiej przerwie, długiej i niepotrafiącej się samej logicznie obronić, ale czułam, czułam, że muszę wrócić i dzielić się z wami pięknem słów. Być może moje piękno słów jest marne i w niczym nie przypomina błyszczącego w świetle księżyca śniegu, znalezienia rzeczy nie do odnalezienia, literowania imienia ukochanej osoby, mając pewność, że jest ona obok. Przy tych zjawiskach z pewnością jestem jedynie dzieckiem maczającym pióro w kałamarzu pierwszy raz w życiu, ale odkrywającym z każdym ruchem stalówki, że trzymanie jej pod takim kątem zmniejsza prawdopodobieństwo zniszczenia pliku kartek w zeszycie, pisanie wolniej pozwala tworzyć kaligraficzne ozdobniki, a całość od razu zaczyna układać się pełniej i lepiej. To dziecko to metafora mnie i moich słów, które wam przekazuję. Uczę się tego i owego i mam nadzieję, że coraz lepiej mi idzie zgłębianie tajników pisania dobrych recenzji. O dziwo wybór książki, którą zaraz przedstawię może nieco dziwić. Bo przecież powinnam była zrecenzować ją na samym początku przelewając wszystkie palące uczucia do autorki i do samej treści książki, tak by brzmiała ona niesamowicie emocjonalnie. Minęło już trochę czasu odkąd po raz pierwszy zaczytywałam się nie mogąc przestać w tym dziele, ale wierzcie mi, za każdym razem odkrywam coś nowego i za każdym razem trafność tego, co do mnie dociera przeszywa moje całe ciało, wszystkie kości, żyły, a nawet komory serca. 
Cały czas mam na myśli "Szklany klosz" autorstwa Sylvii Plath. 
Jeżeli kogokolwiek interesowały moje upodobania literackie ten z pewnością wie, że to Sylvię uznaję za (obok Haliny Poświatowskiej) najważniejszą pisarkę w moim życiu.  "Szklany klosz" to kwintesencja mnie, jednak niemożnością jest wprowadzanie was do świata Sylvii bez przedstawienia jej osoby, tym bardziej mając świadomośc jak wiele wątków autobiograficznych zawarła w swojej jedynej powieści. Sylvia to z pochodzenia Amerykanka, urodziła sięw roku 1932, tak więc jej lata młodości przypadają na lata 50, czasy już po wojnie, ale jeszcze przed ruchem hippisowskim, Sylvia trafiła więc do świata, gdzie najczęściej można było spotkać się z określeniem amerykańskiego snu, jakkolwiek nie byłoby to mylące. Była więc obserwatorką zachowań ludzi otrząsających się po wojnie, kiedy seksualność powoli przestawała być tematem tabu, kobiety coraz bardziej pragnęły czegoś, czego nie miały, a dla artystów był to jeden z błogosławionych okresów. 
Sylvia pierwsze swoje utwory publikuje na łamach pism dziewczęcych i kobiecych. Dzięki jednemu z nich otrzymuje staż w redakcji pisma. 
1953 to rok załamania nerwowego Sylvii, przygnębiona 20-letnia dziewczyna wykrada matczyne tabletki, połyka ich ogromną ilość i zamyka się w ciemnej, ukrytej komórce. 
"Pech" chciał, że jej organizm nie wytrzymał i cała zawartość żołądka dotknęła podłogi; w ciemności Sylvia doznaje urazu i dzięki jej bolesnym jękom poszukiwania młodej dziewczyny kończą się skutecznie. Wtedy też rozpoczął się nowy okres w życiu Sylvii. Zostaje wysłana do szpitala psychiatrycznego (notabene do tego samego, przedstawionego w książce oraz filmie "Girl, Interrupted") i spędza tam pół roku.  Sześć przerażających miesięcy i to właśnie ten przerażający okres swojego życia nakreśliła w "Szklanym kloszu"
Główną bohaterką jest Esther Greenwood, dziewiętnastoletnia dziewczyna o ogromnych ambicjach, która dzieląc los Sylvii otrzymuje staż w Nowoyorskiej gazecie. Przed tak młodą i ambitną dziewczyną świat stoi otworem, zostaje wpuszczona do czegoś na wzór Mekki, w końcu Nowy York to dla wielu nieosiągalne spełnienie marzeń.
"Miałam dziewiętnaście lat i z wyjątkiem tej wycieczki do Nowego Yorku nie ruszyłam się jeszcze nigdy poza Nową Anglię. Była to więc moja pierwsza życiowa szansa, a ja siedziałam i jak głupia pozwalałam, żeby mi ta szansa przeciekała przez palce jak woda."

Esther nie potrafi odnaleźć się w porządku świata, który jej narzucono, właściwie nie potrafi odnaleźć się do końca w swoim życiu, w swoich marzeniach i planach. Jej rozdzierające czaszkę myśli tylko dolewają oliwy do ognia. Po odbyciu stażu, trwającego dokładnie miesiąc Esther wraca do rodzinnego domu, w którym mieszka z matką. Tam oczekuje odpowiedzi, czy jej zgłoszenie na  Letni Kurs Pisarstwa zostało pozytywnie rozpatrzone. Spotyka się jednak z odmową i dzień, który przyniósł ze sobą odpowiedź jest w pewnym sensie punktem kulminacyjnym, Esther ostatecznie łamie się i... tak - zażywa matczyne tabletki, po raz kolejny panna Greenwood dzieli los Sylvii, bo tak jak i ona zostaje wysłana do szpitala psychiatrycznego. Leczenie przeprowadzane jest w sposób okropny i niewłaściwy. Podczas niego Esther zostaje poddana również czemuś (mnie zawsze szokującego i tylko utwierdzającego mnie w przekonaniu, jak tragiczne w skutkach), bo terapii wstrząsowej.  Sześć miesięcy z życia Esther zostaje zabranych bezpowrotnie.

"Dla człowieka siedzącego pod szklanym kloszem, znieczulonego na wszystko, zatrzymanego w rozwoju jak embrion w spirytusie, całe życie jest jednym wielkim, złym snem."

By opuścić gmachy szpitala potrzebne jest zatwierdzenie komisji, przed którą Esther staje i jak możemy się domyślać, uzyskuje taki efekt, jaki chciała uzyskać.

„Ale nie bylam pewna. Wcale nie byłam pewna. Skąd mogłam wiedzieć, czy kiedyś w przyszłości, w Europie czy gdziekolwiek - szklany klosz znowu na mnie nie spadnie, nie nakryje mnie, odkształcając moje widzenie świata."

Sylvia Plath miesiąc przed wydaniem powieści popełniła samobójstwo. 
Nie znając dalszych losów Esther możemy mieć nadzieję, choćby maleńki płomyk nadziei, że nie powtórzyła losy kobiety, która tchnęła w nią życie.